ROZDZIAŁ 2
Minęło już trochę czasu. W tym okresie
moja jazda konna doszła do prawdziwej perfekcji. Nie upadłam już ani razu.
Wspaniała wiadomość, ale czy prawdziwa? Głupie to pytanie… Skoro tak jest, to
musi być rzeczywiście, ale od niedawna zauważyłam, iż całe to miejsce, kraina,
czy królestwo zmieniło się w coś zupełnie innego. Powoli kolory zaczęły
blaknąć, nawet moje piękne szaty, niegdyś w nieziemskich, bo aż tak
intensywnych barwach, straciły przynajmniej połowę swojego uroku. Nie miałam
pojęcia, co się dzieje. Może to był tylko jeden długi sen, ponieważ zapadłam w
śpiączkę, a teraz mam się obudzić i dlatego wszystko jest inne? Tylko kiedy
mogłam zasnąć? Nie przypominałam sobie takiego momentu, ani jednego. Może
takich rzeczy się po prostu nie pamięta? Nie wiem. Za dużo pytań, a za mało odpowiedzi…
Nawet w zamku nikt nie chce mi pomóc. Dopiero później ojciec wyjawił mi sprawcę
tych wszystkich znikających barw.
-Córeczko, nie chciałem cię
zadręczać. Pomyślałem, że tego nie zauważysz, ale widzę, że jesteś za bardzo
spostrzegawcza- zaczął.
-Tato, nie mów mi takiej rzeczy jakimiś
hasłami!- zniecierpliwiłam się i podniosłam głos.
-Jest to bardzo delikatna sprawa. Nie
wiem, jak na nią zareagujesz. Chodzi o to, córeczko, iż kraina niszczy się,
ponieważ musisz wreszcie wyjść za mąż- powiedział.
-Jak to?!- tylko te dwa słowa wydusiłam
z mojego gardła. Przeżyłam szok. Myślałam, że w tej krainie jest zawsze dobrze
i zostanę szczęśliwa już na zawsze, a tutaj nagle okazuje się, że nie jestem
tak wolna, jak mi się wydawało.
-Przykro mi, ale kiedyś została
zawarta pewna umowa między dwoma królami z ich królestw. Jeden miał syna, drugi
córkę. Jeśli nie mieliby ślubu, krainy przepadłyby, zniszczyłyby się na zawsze.
Nikt nie wie, jak wyglądałby ten koniec, niektórzy twierdzą, że wybuchłby
pożar, inni, iż przyszłaby wielka fala, taka jak tsunami i zatopiła całe
państwa. Dlatego uroczystość zawarcia małżeństwa odbyła się, by poddani nie
stracili życia- opowiedział mi ojciec.
-Teraz muszę wziąć ślub z kimś, żeby
uratować nasze ziemie?- spytałam, by być już pewna.
-Tak, córeczko. Tylko nie z byle
kimś. Musisz przyjąć oświadczyny księcia państwa, które leży obok naszego. Książę
nazywa się Marcin. Naprawdę chciałbym rozwiązać ten problem inaczej, ale się
nie da i wolę nie ryzykować. Przecież tutaj leży nasza przyszłość.
-Nie bój się, tato. Dla ciebie, dla
poddanych i w ogóle dla każdego uczynię to- oznajmiłam mu moją decyzję.
Jedni
z ludzi powiedzą, że dziwnie zareagowałam na taką wiadomość. Chciałam znać
prawdę, więc poznałam. Wiem, i nie mam tego za złe. To dobrze, ponieważ
poważnych spraw nie powinno się ukrywać ani zostawiać na później. Jednak ślub z
obcym mężczyzną? Tego się nie spodziewałam. Poszłam do mojej komnaty, by to
wszystko przemyśleć. Muszę zobaczyć przyszłego męża, poznać go. W mojej głowie
znowu zrobił się wicher, w którym wiruje tysiące nurtujących mnie pytań. Ile ma
lat? Jak wygląda? Czy jest dobry czy raczej zły? Jak się zachowuje? Pasujemy do
siebie? Będziemy się zgadzać ze sobą? Od tego wszystkiego rozbolała mnie głowa.
Na szczęście zdążyłam dojść do jakiegoś genialnego pomysłu albo przynajmniej
planu. Jutro wyruszę na przejażdżkę konną, a w jej czasie, bez niczyjej zgody,
pojadę do drugiego królestwa i poznam księcia. Nie będę czekać ani chwili dłużej.
Oby tylko, ten mężczyzna chciał się ze mną ożenić. A zresztą, w pewnym sensie,
to i tak musiał.
Mój
plan był idealny, chociaż nie taki łatwy do wykonania, jak się wydaje. Owszem,
namówienie na przejażdżkę będzie proste, ale tata na pewno chciałby, żebym
wyruszyła z jakąś służbą, bo samej młodej panience w lesie może coś się stać.
Od jednej ze służek, dowiedziałam się, że książę Marcin ma prawdziwy talent do
malowania. A jego państwo, w którym mieszka i rządzi w tejże chwili nazywa się
Kamienną Górą. Dlaczego akurat jakaś tam góra? Ponieważ jego zamek znajduje się
na niej. Nie takiej wysokiej, ale podobno, całej ze stali, głazów i kamieni ze
względu na duże bezpieczeństwo. No cóż, każdy ma swoje pomysły oraz poglądy,
moje państwo nazywa się Doliną Tams, gdyż pałac znajduje się w dolinie, ale od
góry zasłoniętej czymś w rodzaju dachu. Nawet mysz się nie prześliźnie.
Oczywiście, ta druga nazwa mojego królestwa, czyli Tams również mnie
zaciekawiła. Dlaczego akurat tak? Dowiedziałam się, że po prostu poddani z
Kamiennej Góry nazywali nasze miejsce Tam. Od tego wzięła się druga część
naszej nazwy. Tylko dlaczego mówili na nią Tam, a nie całą nazwą- Dolina Tams?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz